Przejdź do treści

Karmienie ubożąt, domowików i skrzatów. Domowy kult, który przetrwał w resztkach jedzenia

Zostawiona miska, okruszyny chleba, resztki po wieczerzy. W dawnych wierzeniach takie gesty mogły być poczęstunkiem dla domowych duchów. Nie był to prosty „kult Penatów”, ale bardzo podobny sposób myślenia o domu.

Karmienie ubożąt, domowików i skrzatów. Domowy kult, który przetrwał w resztkach jedzenia

W dawnym domu nie wszystko należało do ludzi. Izba, piec, próg, stół, obora i spiżarnia miały swoje miejsca oczywiste, codzienne, dobrze znane. Ale obok nich istniała jeszcze ta druga warstwa. Ciszej opowiadana. Mniej chętna do zapisywania w księgach.

W wielu wierzeniach ludowych dom nie był po prostu budynkiem. Był małym światem, w którym trzeba było utrzymać zgodę między żywymi, zmarłymi, zwierzętami, ogniem, jedzeniem i tym, czego nie dało się nazwać bez zakłopotania. Dlatego w tradycji słowiańskiej tak ważne miejsce zajmowały duchy domowe. Zuzanna Krótki, analizując dawne nazwy demonów domowych, zwraca uwagę, że na przełomie XIX i XX wieku wiele takich istot uchodziło już za sprzyjające ludziom, choć część ich nazw w starszych epokach miała znaczenia bardziej niepokojące: diabeł, demon, istota leśna albo powietrzna.

To ważne, bo pokazuje, że nie mamy do czynienia z jednym prostym wierzeniem. Raczej z plątaniną wyobrażeń. Trochę o opiekunach domu. Trochę o duszach zmarłych. Trochę o dawnych demonach, którym chrześcijańska wyobraźnia dopisywała diabelski rodowód.

A jednak rdzeń pozostaje czytelny. W domu żył „ktoś jeszcze”. Trzeba było go nie obrazić.

Ubożęta, czyli resztki dla niewidzialnych

Najmocniejszy trop prowadzi do ubożąt. Nie do bajkowych krasnoludków z późniejszych wyobrażeń, ale do starych, domowych duchów, które pojawiają się już w źródłach średniowiecznych. Według Krótki leksem „ubożę” uznaje się za jedną z najstarszych nazw ducha opiekuńczego. Pojawia się on w XV-wiecznych kazaniach, gdzie mowa o ludziach zostawiających resztki jedzenia w czwartek po obiedzie dla istot zwanych ubożami. W tym samym fragmencie wspomina się też o nieumywaniu misek w Wielki Czwartek, aby mogły się nimi „nakarmić dusze i inne duchy”.

Dla kaznodziei był to zabobon. Dla ludzi, którzy zostawiali jedzenie, mogło to być coś zupełnie zwyczajnego. Skoro dom ma swojego niewidzialnego mieszkańca, trzeba się z nim ułożyć. Nie przez wielkie ofiary. Nie przez świątynię. Wystarczyła miska, resztka, kawałek jadła.

Lud polski, jego zwyczaje i zabobony

Dawne zwyczaje i zapomniane zabobony – żywa kronika polskiej wsi. Fascynująca, historyczna panorama życia codziennego polskiej wsi na początku XIX wieku, spisana przez jednego z pierwszych polskich etnografów, Łukasza Gołębiowskiego powstańca kościuszkowskiego, historyka i badacza kultury ludowej.

Zamów książkę

W późniejszych przekazach ubożęta nie są już tylko podejrzanym „czymś”, co krąży przy duszach i demonach. W XVII wieku Walenty Roździeński w „Officina ferraria” pisał o ubożętach związanych z kuźnikami. Miały być biednymi, małymi ludkami, które pomagały ludziom w ciężkiej pracy, a w zamian otrzymywały pozostawione jadło. Tak właśnie interpretuje ten fragment Krótki.

To bardzo ciekawy obraz. Nie diabeł. Nie wielki bóg. Raczej ubogi sąsiad z zaświatów. Mały pomocnik, którego można skrzywdzić lekceważeniem, ale można też pozyskać szacunkiem.

Ubożęta nie musiały oznaczać bogactwa

Tu warto poprawić jedną rzecz, bo łatwo pójść za bardzo w poetycką stronę. Nazwa „ubożę” nie powinna być prosto wyprowadzana od „ubóstwa” w dzisiejszym, potocznym sensie, ale źródła rzeczywiście wiążą ją z niedostatkiem i przeciwstawieniem bogactwu. Krótki podaje za Stanisławem Rospondem, że forma „uboże” mogła pierwotnie oznaczać zbiorowo „duchy niedoli biedaków, chłopów”. W tym ujęciu nie były to od razu istoty przynoszące bogactwo, ale raczej duchy związane z brakiem, losem, niedolą.

Dopiero później obraz zaczął się przesuwać. Ubożęta mogły pomagać, przynosić szczęście, ułatwiać pracę, pilnować skarbów albo zostać utożsamione z innymi domowymi istotami. Pod koniec XVIII wieku, zwłaszcza na Śląsku, wiązano je już także z demonami strzegącymi ukrytych pod ziemią skarbów. Na początku XIX wieku sama nazwa „ubożę” miała być wypierana przez inne określenia, między innymi: latawiec, plonek, podziomek, skrzat i krasnoludek.

I to chyba najciekawsze. Dawne imię znika, ale funkcja zostaje. Ktoś nadal mieszka przy domu. Ktoś nadal może pomóc. Ktoś nadal może się obrazić.

Domowik przy piecu

Wschodniosłowiański domowik, czyli domowoj, jest najbliższy klasycznemu obrazowi ducha opiekuńczego domu. Britannica opisuje go jako domowego ducha mającego źródło w kulcie przodków. Miał mieszkać w obrębie domu: przy piecu, pod progiem albo przy palenisku. Nie wychodził poza granice gospodarstwa.

To pasuje do dawnej logiki domu. Piec nie był tylko urządzeniem do gotowania. Był centrum ciepła, jedzenia, bezpieczeństwa. Próg nie był tylko deską czy kamieniem. Oddzielał swoje od obcego. Jeśli domowik miał gdzieś mieszkać, to właśnie w takich miejscach.

Wierzenia dawnych Słowian. Od mitu do obrzędu

Niezwykła książka na temat wierzeń, obrzędów i rytuałów Słowian. W co tak naprawdę wierzyli Słowianie nadbałtyccy? Czy pogańskie posągi niszczono rzeczywiście z powodu przekonań religijnych, czy raczej za sprawą politycznej koniunktury? Czym były i jakie znaczenie miały depozyty zakładzinowe i łodzie-groby? Jaką rolę odgrywały ofiary – te składane bogom z pokarmów, jak też umieszczane w fundamentach domostw? Jak obyczaje pogrzebowe łączyły echa obcych wpływów z lokalną tradycją?

Zamów książkę

Domowik strzegł rodziny i jej dobytku. Według Britanniki sprzyjał ludziom pracowitym i porządnym, a niezadowolenie okazywał przez kłopoty ze zwierzętami albo dziwne odgłosy w domu. Mógł też być łatwo udobruchany. Starsze opracowanie „The Mythology of All Races” podaje natomiast, że domownik zabiegał o przychylność domowika między innymi przez odkładanie dla niego resztek wieczornego posiłku. Wspomina też chleb z solą jako jeden ze sposobów łagodzenia rozgniewanego ducha.

Znów wracamy więc do jedzenia. To nie jest ozdobny szczegół. Jedzenie było językiem relacji.

Skrzat, którego trzeba czytać ostrożnie

Ze skrzatami sprawa jest bardziej śliska. Dziś brzmią bajkowo, wręcz dekoracyjnie. Łatwo dopisać im czapeczki, leśne chatki i całą późniejszą ikonografię. Ale źródła językoznawcze są bardziej trzeźwe.

Krótki pisze, że „skrzat” jest pożyczką ze staro-wysoko-niemieckiego „scrat”, „scrato”, oznaczającego m.in. kobolda lub poltergeista. Już w staropolszczyźnie wyraz i jego odmiany mogły oznaczać „maleńkie demony”. Dawne teksty są jednak skąpe, więc nie da się pewnie odtworzyć całego zestawu ich „zwyczajów”.

Dlatego lepiej nie robić ze skrzata pełnoprawnego słowiańskiego odpowiednika ubożęcia. Można go pokazać jako późniejszą nazwę, która weszła do tego samego kręgu wyobrażeń o małych, domowych albo pomocniczych istotach. Ale z zastrzeżeniem. Skrzat nie jest czystym reliktem prasłowiańskiej wiary. Jest efektem mieszania się tradycji, języków i wyobrażeń.

A że ludowa wyobraźnia mieszała chętnie, to już inna sprawa.

Penaty, czyli rzymscy krewni z podobnej półki

W tym miejscu pojawia się kuszące porównanie z Penatami. I ono jest dobre, pod warunkiem że nie pójdziemy o krok za daleko.

Penaty były rzymskimi bóstwami domowymi związanymi ze spiżarnią, zapasami i opieką nad gospodarstwem. Britannica podaje, że czczono je prywatnie jako opiekunów domu, a każdy dom miał ich kapliczkę lub miejsce kultu. Ofiarowywano im części zwykłego posiłku albo specjalne ciasta, wino, miód i kadzidło.

Brzmi znajomo? Oczywiście. Dom. Jedzenie. Opieka. Niewidzialni gospodarze. Tyle wystarczy, żeby zestawienie było bardzo nośne.

Ale nie wystarczy, żeby mówić o prostym przetrwaniu rzymskiego kultu Penatów w polskich ubożętach. Tego nie da się uczciwie udowodnić. Możemy mówić raczej o podobnym mechanizmie religijnym i obyczajowym. Różne kultury dochodziły do przekonania, że dom ma swoich opiekunów, a więź z nimi podtrzymuje się przez dar z jedzenia.

Nie monumentalny. Nie kapłański. Domowy.

CTA Image

Szeroki wybór książek o Słowianach

Sprawdź ceny

Najprostsza ofiara: coś ze stołu

W tym zwyczaju jest coś bardzo pierwotnego. Nakarmić znaczy uznać czyjąś obecność. Zostawić resztki znaczy powiedzieć: wiem, że tu jesteś.

Miseczka przy piecu, nieumyte naczynia po wieczerzy, chleb z solą, odłożona część posiłku. To wszystko mogło działać jak cicha umowa. My pamiętamy o tobie, ty nie szkodzisz nam. My dajemy ci coś ze stołu, ty pilnujesz domu, zwierząt, pracy, dostatku.

W takich praktykach mieszały się różne warstwy. Pamięć o przodkach. Wiara w ducha miejsca. Strach przed demonem. Nadzieja na opiekę. Zwykła ostrożność też. Bo jeśli coś mieszka przy piecu, lepiej tego nie drażnić.

Chrześcijańscy kaznodzieje mogli takie zachowania potępiać, ale wieś nie zmieniała swoich nawyków z dnia na dzień. Zwłaszcza tych, które dotyczyły domu. A dom jest zawsze bardziej uparty niż doktryna.

Czy to naprawdę przetrwały kult Penatów?

Najuczciwsza odpowiedź brzmi: nie wprost.

Nie ma dowodu, że karmienie ubożąt, domowików czy skrzatów było bezpośrednią kontynuacją rzymskiego kultu Penatów. Jest za to wyraźne podobieństwo. Domowe duchy, opieka nad gospodarstwem, związek z jedzeniem, resztkami, piecem, spiżarnią i granicą domu. To wspólny język dawnych kultur.

Można więc powiedzieć inaczej: nie przetrwał kult Penatów, ale przetrwała potrzeba Penatów. Potrzeba wyobrażenia sobie, że dom ma swoich niewidzialnych strażników. Że nie jest martwą konstrukcją z drewna, gliny, cegły czy kamienia. Że ma pamięć, charakter i granice, których nie wolno naruszać bez konsekwencji.

Może dlatego te opowieści wciąż działają. Nie chodzi tylko o małe duszki i resztki mleka. Chodzi o dom, który ma duszę. O miejsce, w którym próg coś znaczy, ogień coś znaczy, a chleb nie jest zwykłym produktem.

Dawne ubożęta zniknęły z codziennej mowy. Domowik stał się bohaterem folkloru. Skrzat trafił do bajek. Ale sam odruch jest nadal zrozumiały.

Gdy chcemy, żeby coś przy nas zostało, próbujemy to nakarmić.

Szukaj na blogu