Przejdź do treści

Ofiara zakładzinowa. Słowiański rytuał, który przetrwał do dziś w każdej ceremonii budowlanej

Wmurowanie kamienia węgielnego to dziś ceremonia z szampanem i przemówieniami. Tysiąc lat temu Słowianie robili to samo — tyle że pod narożnik domu szła głowa konia, kogut albo garniec z jajkami. I nie był to zabobon. Była to umowa z ziemią.

Ofiara zakładzinowa. Słowiański rytuał, który przetrwał do dziś w każdej ceremonii budowlanej

Kiedy na budowie wbijają pierwszą łopatę albo wmurują symboliczną cegłę z tabliczką, nikt specjalnie nie zastanawia się, skąd ten zwyczaj pochodzi. Z Biblii — powie część osób. Ze starożytności — odpowiedzą inni. Obie odpowiedzi są po trochu prawdziwe. Ale pod ziemią wczesnośredniowiecznych słowiańskich domostw czeka trzecia.

Zakładzina, czyli umowa z miejscem

Archeolodzy nazywają to ofiarą zakładzinową. Depozyt składany pod fundamentem budowli, w narożniku, zanim postawiono pierwsze belki. Według archeolog Zofii Hilczer-Kurnatowskiej zakładzina miała zapewnić trwałość konstrukcji i pomyślność mieszkańcom — osiągnąć to można było przez przekazanie życia jakiejś istoty. Ziemia dostawała coś od człowieka. W zamian miała go chronić.

Najczęstszym darem był czarny kogut. Niekiedy głowa konia albo dzika. Czasem tylko jajka — zapewne zależnie od zamożności rodziny, może też od charakteru budowli. Wykopaliska z Opola, Gdańska i Szczecina potwierdzają, że praktykę stosowano między X a XII wiekiem. Podobne znaleziska z tego samego okresu odkryto w Nowogrodzie Wielkim.

Koń zajmował w słowiańskich wierzeniach miejsce szczególne — nie jako obiekt kultu, lecz jako pośrednik. Uważano go za rumaka bóstw, zwierzę łączące światy. Ofiara zakładzinowa z konia mogła więc działać jak wstawiennictwo, nie tylko jak danina.

Co kryje Ostrów Tumski

Podczas badań archeologicznych na wrocławskim Ostrowie Tumskim w kilku miejscach znaleziono szczątki koni zakopane pod budynkami mieszkalnymi. Wszystko wskazywało na to samo: zakładziny, składane celowo, z pełną świadomością rytuału.

Gniezno dorzuca do tego obrazu głowę tura, złożoną w X wieku pod wałami obronnymi drugiego podgrodzia. Kronikarz Thietmar z Merseburga opisuje z odrazą pogańską świątynię w Radogoszczy, zbudowaną — jego słowami — na fundamencie z rogów dzikich zwierząt. Pisał o tym jako o barbarzyństwie. Nie wiedział, że opisuje ten sam impuls, który kazał chrześcijańskim budowniczym ceremoniować wmurowanie narożnego kamienia.

Gdańsk, rok 1180–1205

Gdańskie wykopalisko uchodzi za ewenement. Pod zrębem domostwa datowanego na przełom XII i XIII wieku odkryto szczątki niemowlęcia, przykryte płatami kory. Wokół dziecka: okruchy bursztynu, paciorek z pestek wiśni, pestki śliwy, rybie łuski i węgle drzewne interpretowane jako pozostałości uczty.

Zakłada się, że pochowane w fundamentach dzieci były ofiarami nieudanych porodów — śmiertelność noworodków była wtedy ogromna, a duch dziecka, które nie zdążyło żyć, budził szczególny lęk. Umieszczenie go pod progiem własnego domu mogło być próbą oswojenia tej energii, włączenia jej w ochronę miejsca, zamiast oddawania na pastwę demonów.

Ten sam gest, inne słowa

Kamień węgielny jako pojęcie pochodzi z Biblii — hebrajskie rosz pina, głowa kąta, narożnik, od którego mierzono wszystko inne. Ceremonia jego wmurowania to tradycja chrześcijańska, a potem świecka. Ale gest jest ten sam co przy zakładzinie: zatrzymanie się w miejscu początku, nadanie mu znaczenia, złożenie czegoś ziemi.

Słowiańska zakładzina nie była aktem desperacji ani prymitywnym przesądem. Była kontraktem. Dom wchodzi w ziemię — ziemia dostaje swoje. Tak zaczynało się zamieszkiwanie.

Szukaj na blogu