Poranny rytuał Jagiełły. Chrześcijański król, który obracał się trzy razy i rzucał słomą
Władysław Jagiełło zapisał się w historii jako chrześcijański król Polski, ochrzczony w 1386 roku, mąż Jadwigi i władca, z którym zwykle kojarzymy Grunwald, unię polsko-litewską i chrystianizację Litwy.

Tym bardziej zaskakuje drobna, ale niezwykle intrygująca wzmianka, którą w swojej „Mitologii słowiańskiej" przypomniał Aleksander Brückner. Powołując się na starsze źródło, opisuje on osobliwy poranny zwyczaj króla: zanim Jagiełło pokazał się publicznie, trzy razy obracał się wkoło i trzy razy rzucał na ziemię złamane przez siebie źdźbło słomy. Brückner przytacza to po łacinie: „in publicum prodiret, ter se in gyrum volvebat terque stipulam a se confractam in terram proiciebat". A potem dodaje rzecz chyba jeszcze ciekawszą od samego gestu: król nigdy się nie zdradził, po co to robi.
I tu zaczyna się temat naprawdę smakowity. Mówimy przecież o człowieku, który formalnie był już chrześcijaninem. Przyjął chrzest katolicki w katedrze na Wawelu 15 lutego 1386 roku, trzy dni później poślubił Jadwigę, a 4 marca został koronowany na króla Polski. Nie był żadnym „ostatnim poganinem na tronie" w sensie kogoś, kto odmawia nowej wiary. Był pełnoprawnym chrześcijańskim monarchą. A jednak, jeśli wierzyć przekazowi, codziennie rano wykonywał gest, który brzmi jak relikt jakiegoś starszego, ludowego albo magicznego myślenia.
Brückner nie twierdził, że zna odpowiedź. Zachowywał ostrożność. Zestawił ten zwyczaj z rozważaniami o Perepłucie, dość niejasnej postaci z dawnej tradycji ruskiej, związanej z plątaniem, losem, przypadkiem i obrzędowym „okręcaniem się". Sam jednak zastrzegał, że do takich zestawień nie należy przywiązywać zbyt wielkiej wagi. Sugerował trop, ale nie ogłaszał odkrycia pogańskiego kultu na królewskim dworze.
Co ważne, Brückner pisał o Jagielle nie tyle jako o pogańskim Litwinie, ile jako o — cytuję — „prawdziwym (wedle wychowania swego) Rusinie". To istotne rozróżnienie. Jagiełło dorastał na pograniczu litewsko-ruskim, jego matka Julianna Twerska była prawosławną chrześcijanką, a dwór wileński funkcjonował w dużej mierze w kulturze ruskiej. Poranny rytuał króla mógł więc mieć korzenie nie tyle w litewskim pogaństwie, ile w tradycjach ludowych kręgu ruskiego, gdzie takie praktyki ochronne mogły żyć obok chrześcijaństwa znacznie dłużej, niż nam się dziś wydaje.
Najrozsądniej patrzeć na tę scenę nie jak na dowód jakiejś wielkiej tajemnicy, ale jak na ślad prywatnego zabobonu albo gestu ochronnego. W średniowieczu granica między religią, obyczajem i praktyką „na szczęście" była znacznie mniej wyraźna niż dziś. Człowiek mógł chodzić do kościoła, fundować świątynie, wspierać chrześcijaństwo, a równocześnie zachowywać drobne nawyki wyniesione z domu, dworu albo ludowej tradycji. Taki gest mógł pełnić funkcję apotropeiczną, czyli ochronną: odwracać zły los, zabezpieczać przed urokiem albo pechem. Udowodnić tego się nie da, ale taki kierunek interpretacji wydaje się najbardziej prawdopodobny.
Sprawa robi się jeszcze ciekawsza, gdy pamiętamy, kim Jagiełło był zanim trafił do Krakowa. Jako pogański wielki książę litewski stał na czele ostatniego oficjalnie pogańskiego państwa w Europie. Zmiana religii była nie tylko osobistym aktem wiary, lecz przede wszystkim decyzją polityczną o ogromnym zasięgu, jak podkreślają zgodnie zarówno Britannica, jak i współczesna historiografia. To zaś oznacza, że w jego życiu mogły przez lata współistnieć dwa porządki: oficjalny, chrześcijański, i ten starszy, wyniesiony z wcześniejszego otoczenia — zarówno litewskiego, jak i ruskiego.
Właśnie dlatego ten drobny epizod jest tak fascynujący. Nie dlatego, że nagle „udowadnia pogańskość Jagiełły" — bo tego nie udowadnia. I nie dlatego, że pozwala ogłosić sensację o tajnym kulcie na Wawelu. Jego wartość polega na czymś innym: pokazuje, jak długo żyją dawne odruchy i jak wolno znikają stare sposoby myślenia. Nawet wtedy, gdy człowiek nosi koronę chrześcijańskiego króla i współtworzy nową epokę, w jego codziennych gestach mogą jeszcze pobrzmiewać echa świata sprzed chrztu.
Ciekawsze pytanie nie brzmi więc: „czy Jagiełło był naprawdę chrześcijaninem?" — bo był nim formalnie i politycznie bez żadnej wątpliwości. Ciekawsze jest raczej to, jak wyglądało chrześcijaństwo człowieka, który wyrósł na styku tradycji litewskiej, ruskiej i łacińskiej, i który być może do końca życia zachował jakiś mały, prywatny rytuał, starszy niż jego korona. Czasem właśnie taki szczegół mówi o epoce więcej niż najgłośniejsze bitwy.





