Przejdź do treści

Cyryl i Metody na ziemi Welesa. Co chrześcijaństwo przykryło w słowiańskim sercu Europy?

Cyryl i Metody są patronami Słowian i symbolami liturgii słowiańskiej. Ich misja nie zaczęła się jednak na pustej ziemi. Pod chrześcijańską warstwą wciąż można szukać starszych śladów: w nazwach, datach i miejscach.

Cyryl i Metody na ziemi Welesa. Co chrześcijaństwo przykryło w słowiańskim sercu Europy?

W Czechach, na Słowacji i na Bałkanach pamięć o Cyrylu i Metodym jest czymś więcej niż tylko kościelnym wspomnieniem. To część opowieści o języku, piśmie, tożsamości i własnej drodze Słowian do chrześcijaństwa. Pielgrzymki, konferencje, uroczystości państwowe, święta alfabetu i kultury słowiańskiej – wszystko to pokazuje, że misja dwóch braci z Tesaloniki nadal działa na wyobraźnię.

Dla jednych to przede wszystkim święto chrześcijańskiej tożsamości Słowian. Dla innych przypomnienie, że Słowianie otrzymali własny język liturgiczny i pismo, które pozwoliły im wejść do świata chrześcijańskiego inaczej niż przez prostą dominację łaciny i struktur frankońskich. Jest jednak jeszcze trzecia warstwa tej historii, rzadziej przywoływana. To pytanie o to, co było wcześniej i co z tego przetrwało.

Nie zawsze wprost. Czasem w nazwie miejsca. Czasem w dacie święta. Czasem w pielgrzymkowym szlaku, który prowadzi przez krajobraz święty na długo przed pojawieniem się kościołów. Chrześcijaństwo nie zawsze niszczyło wcześniejsze formy sacrum. Często je przejmowało, porządkowało i nadawało im nowe znaczenie. Właśnie dlatego pod chrześcijańską opowieścią o Cyrylu i Metodym można szukać starszego, słowiańskiego podglebia.

Nie chodzi tu o stawianie pewnych tez tam, gdzie źródła milczą. Raczej o cztery tropy, które pozwalają zobaczyć misję sołuńskich braci jako część dłuższej historii: nazwy, miejsca, kalendarza i pamięci.

Velehrad – Wielki Gród, niekoniecznie gród Welesa

Zacznijmy od nazwy, bo nazwy rzadko kłamią, choć często milczą. Velehrad to dziś niewielka miejscowość na Morawach, ale przez stulecia jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych Europy Środkowej. Tradycja łączy je z pamięcią o Wielkich Morawach i misji Cyryla oraz Metodego. Właśnie tu szczególnie mocno pielęgnowano przekonanie, że gdzieś w tej przestrzeni należy szukać śladów wielkomorawskiego centrum i dziedzictwa Metodego.

Trzeba jednak od razu postawić granicę. Nie wiemy, gdzie dokładnie znajdował się grób Metodego. Velehrad ma ogromne znaczenie symboliczne, ale nie można pisać, że Metody na pewno tam spoczął. To tradycja, nie rozstrzygnięty fakt archeologiczny. Tak samo ostrożnie trzeba traktować samo utożsamianie dzisiejszego Velehradu z dawnym centrum Wielkich Moraw. Badacze od dawna spierają się o lokalizację legendarnego Veligradu, a wśród możliwych miejsc pojawiają się także okolice Starégo Města i inne stanowiska wielkomorawskie.

Sama etymologia nazwy prowadzi przede wszystkim do znaczenia „Wielki Gród”. Człon „vele-” można wiązać z wielkością, a „hrad” z grodem, osadą obronną, miejscem ufortyfikowanym. To interpretacja najbezpieczniejsza i najlepiej osadzona językowo.

A Weles? Tutaj trzeba bardzo uważać. Skojarzenie jest kuszące, zwłaszcza dla kogoś, kto szuka pod chrześcijańską warstwą starszej religijności słowiańskiej. Weles był bogiem związanym między innymi z zaświatami, bydłem, bogactwem, magią i sferą podziemną. Brzmieniowa bliskość nazw może pobudzać wyobraźnię, ale sama wyobraźnia nie wystarcza do postawienia tezy.

Aleksander Brückner słusznie przestrzegał przed zbyt łatwym wyprowadzaniem nazw miejscowych od imion dawnych bogów. Toponomastyka to pole minowe. Podobieństwo dźwięku może być przypadkowe, a każda próba odtworzenia przedchrześcijańskiej mapy sacrum wymaga ostrożności. Aleksander Gieysztor był bardziej otwarty na takie tropy, ale i u niego nie chodziło o dowolne dopisywanie bogów do mapy. Raczej o uważne sprawdzanie, czy nazwa, położenie i lokalna tradycja mogą razem wskazywać na starszą warstwę kultową.

Dlatego najuczciwiej powiedzieć tak: Velehrad nie jest dowodem na kult Welesa. Jest jednak miejscem, przy którym łatwo zrozumieć, dlaczego takie pytania w ogóle się pojawiają. Chrześcijańska pamięć, wielkomorawska tradycja, pielgrzymki, dawna nazwa i krajobraz Moraw tworzą przestrzeń, w której starsze i nowsze warstwy nakładają się na siebie.

Symbolem znaczenia Velehradu pozostaje choćby Złota Róża przekazana bazylice przez Jana Pawła II w 1985 roku, z okazji 1100. rocznicy śmierci Metodego. To rzadkie papieskie wyróżnienie, w Czechach związane tylko z kilkoma miejscami najwyższej rangi. W tym samym roku do Velehradu przybyły tłumy wiernych, a uroczystości stały się nie tylko wydarzeniem religijnym, lecz także czytelnym gestem sprzeciwu wobec komunistycznej władzy. Kilka lat później, w 1990 roku, Jan Paweł II odwiedził Velehrad osobiście podczas pierwszej pielgrzymki do Czechosłowacji po upadku komunizmu.

Tak właśnie działają miejsca symboliczne. Nawet jeśli nie da się udowodnić ich pogańskiej przeszłości, potrafią skupiać wokół siebie kolejne warstwy pamięci. Velehrad jest dziś przede wszystkim chrześcijański. Ale pod tym chrześcijańskim znaczeniem czuć ciężar dużo starszego pytania: dlaczego właśnie tu?

Metoda misji: nie wymazać, lecz zakorzenić

Żeby zrozumieć, co mogło zostać przykryte, trzeba zrozumieć, jak działała wczesnośredniowieczna chrystianizacja. I tu robi się naprawdę ciekawie, bo mamy przykład dokumentu, który pokazuje sposób myślenia Kościoła o dawnych kultach.

W 601 roku papież Grzegorz Wielki napisał list do opata Mellitusa, wysyłanego z misją do Anglii. Zalecał w nim, by nie niszczyć pogańskich świątyń, jeśli są solidnie zbudowane. Należało usunąć z nich idole, pokropić je wodą święconą, wprowadzić ołtarze i relikwie, a potem wykorzystać dawne miejsca kultu dla nowej wiary. Podobnie można było postępować z rytmem świąt. Ludzie nie mieli zostać brutalnie odcięci od zewnętrznych form świętowania, tylko stopniowo poprowadzeni ku nowym treściom.

Jak Kościół przejmował dawne miejsca kultu. Czym była interpretatio christiana
Chrystianizacja nie zawsze zaczynała się od burzenia. Czasem skuteczniejsza okazywała się inna metoda: zostawić formę, zmienić sens i wprowadzić nową treść. Kiedy dziś myślimy o chrystianizacji dawnych ludów, łatwo uruchamia się prosty obraz: stare świątynie lecą w gruzy, dawni bogowie znikają, a nowa religia wchodzi z buta. Tyle że historia

To oczywiście nie jest bezpośrednia instrukcja dla Cyryla i Metodego. Dotyczy misji anglosaskiej. Ale pokazuje mechanizm, który w chrystianizacji Europy powracał wielokrotnie. Nowa religia nie zawsze wchodziła w pustkę. Wchodziła w krajobraz już nazwany, obrzędowo oswojony, podzielony na miejsca zwyczajne i niezwykłe.

Misja Cyryla i Metodego była pod tym względem szczególna. Nie polegała na prostym narzuceniu łaciny i struktur frankońskich. Bracia z Tesaloniki zaproponowali coś innego: wejście w język Słowian. Konstantyn, znany później jako Cyryl, stworzył głagolicę, najstarsze pismo słowiańskie. Bracia i ich uczniowie przełożyli teksty liturgiczne oraz biblijne na język staro-cerkiewno-słowiański. Dzięki temu chrześcijaństwo nie przychodziło wyłącznie jako obca mowa elit, lecz jako słowo zrozumiałe dla ludzi, do których było kierowane.

To nie znaczy, że ich misja była „niezależna od Rzymu”. Byłoby to zbyt proste. Cyryl i Metody poruszali się pomiędzy Konstantynopolem, Rzymem, Morawami i światem frankońskim. Szukali potwierdzenia swojej działalności w Rzymie, a papież Jan VIII w 880 roku zatwierdził użycie języka słowiańskiego w liturgii. Ich projekt był więc nie buntem przeciw Rzymowi, lecz próbą obrony słowiańskiej drogi chrystianizacji przed monopolem łaciny i naciskiem duchowieństwa frankońskiego.

W tym sensie była to prawdziwa inkulturacja. Nowa wiara nie miała wyciąć wszystkiego, co zastała. Miała się zakorzenić. Andrzej Szyjewski w „Religii Słowian” zwraca uwagę, że Słowianie mieli własny rytm obrzędowy, własne miejsca kultu i własny sposób myślenia o świętości. Misja, która całkowicie by to zignorowała, miałaby niewielkie szanse powodzenia.

CTA Image

Szeroki wybór książek o Słowianach

Sprawdź ceny

Co konkretnie zostało przykryte na Morawach? Tego nie wiemy. I trzeba to powiedzieć jasno. Źródeł pisanych dotyczących pogaństwa morawskiego jest bardzo mało. Nie mamy słowiańskiej Eddy, nie mamy obszernego opisu lokalnych mitów i rytuałów, nie mamy relacji, która pozwalałaby bezpiecznie odtworzyć mapę dawnych miejsc kultu. Zostają fragmenty, archeologia, porównania, późniejsze zwyczaje ludowe i ostrożne hipotezy.

Ale mechanizm przykrywania jest dobrze znany. Chrześcijaństwo przejmowało miejsca, terminy, gesty i symbole, nadając im nowe znaczenie. Nie zawsze robiło to z wrogości. Czasem z duszpasterskiego realizmu. Czasem z politycznej konieczności. Czasem dlatego, że ludzie łatwiej przyjmowali nowe, jeśli mogli rozpoznać w nim coś ze starego świata.

5 lipca i słowiański kalendarz – trop, nie dowód

Wątek kalendarza wymaga szczególnej ostrożności, bo tu bardzo łatwo o nadinterpretację. W Czechach i na Słowacji święto Cyryla i Metodego obchodzone jest 5 lipca. To data ważna religijnie, państwowo i kulturowo. W powszechnym kalendarzu rzymskokatolickim wspomnienie świętych Cyryla i Metodego przypada jednak 14 lutego, a w tradycji wschodniej ich pamięć wiąże się z 11 maja według kalendarza juliańskiego, co w kalendarzu gregoriańskim odpowiada 24 maja.

Dlatego nie można pisać prosto, że „zachodnia tradycja” obchodzi ich 5 lipca. To raczej szczególna tradycja Czech i Słowacji, mocno związana z lokalną pamięcią o misji wielkomorawskiej.

Czy ta data ma coś wspólnego ze starszym słowiańskim cyklem letnim? To pytanie można zadać, ale odpowiedź musi pozostać ostrożna. Noc Kupały, później silnie związana z nocą świętojańską, przypada w okolicach letniego przesilenia i nocy z 23 na 24 czerwca. W tradycjach wschodniosłowiańskich, z powodu różnic kalendarzowych, podobne obrzędy przesuwały się także w okolice początku lipca. Ogień, woda, zioła, wróżby, płodność, oczyszczenie i letnia obfitość tworzyły szeroki cykl obrzędowy, który nie zamykał się w jednej dacie.

Barbara Ogrodowska w „Polskich obrzędach i zwyczajach dorocznych” opisuje rok ludowy jako rytm mocno związany z pracą rolniczą, cyklem słonecznym i świętami kościelnymi, które często przejmowały starsze praktyki. Gieysztor w „Mitologii Słowian” także widział w obrzędowości dorocznej jeden z najważniejszych śladów dawnej religijności. Tego rodzaju nakładanie się kalendarzy nie jest więc niczym niezwykłym.

Problem w tym, że w przypadku 5 lipca nie mamy dowodu, że data święta Cyryla i Metodego została dobrana po to, by przykryć dawny słowiański cykl letni. Możemy mówić o intrygującej bliskości, o szerokim kontekście letnich obrzędów, o tym, że chrześcijański kalendarz wielokrotnie wchłaniał starsze święta. Nie możemy jednak udawać, że sprawa jest rozstrzygnięta.

To dobry trop do refleksji, ale słaby fundament dla twardej tezy. Brückner powiedziałby: korelacja to nie dowód. Gieysztor pewnie dodałby: powtarzalność takich mechanizmów sprawia, że pytanie nadal warto postawić.

I chyba właśnie w takiej formie warto je zostawić.

Devín – palimpsest na skale

Jest jedno miejsce, w którym te warstwy stają się niemal namacalne. Devín to zamek na skale nad Dunajem, przy ujściu Morawy, kilka kilometrów od Bratysławy. Dziś jest ruiną, punktem widokowym i popularnym celem wycieczek. Ale jego historia sięga znacznie głębiej niż romantyczny obraz zamku na urwisku.

To miejsce było ważne strategicznie od bardzo dawnych czasów. Kontrolowało spotkanie dwóch rzek i ważne szlaki komunikacyjne. W czasach Wielkich Moraw Devín należał do istotnych punktów politycznych i obronnych. Oficjalna słowacka narracja historyczna bardzo mocno wiąże go z pamięcią wielkomorawską, choć źródłowo najpewniej można łączyć go przede wszystkim z księciem Rościsławem, czyli władcą, który zaprosił misjonarzy z Bizancjum.

Nie trzeba jednak na siłę dowodzić, że działał tu Metody albo że wcześniej stała tu świątynia pogańska. Sama lokalizacja wystarczy, by zrozumieć, dlaczego takie miejsca łatwo obrastały sacrum. Skała nad rzeką, widoczna z daleka, naturalnie broniona, położona na granicy światów i szlaków, niemal prosi się o znaczenie większe niż czysto praktyczne. W kulturach dawnych takie punkty rzadko były neutralne.

Devín jest więc dobrym przykładem palimpsestu. Najpierw była przestrzeń strategiczna i zapewne symboliczna. Potem wielkomorawska pamięć polityczna. Następnie chrześcijańska opowieść o wejściu Słowian do świata pisma i liturgii. Wreszcie XIX wiek, kiedy słowaccy działacze narodowi uczynili z Devína jedno z najważniejszych miejsc swojej wyobraźni.

W 1836 roku Ľudovít Štúr i ludzie z jego kręgu udali się na Devín, przyjęli słowiańskie imiona i odwołali się do wielkomorawskiej przeszłości. Był to gest symboliczny, niemal rytualny. Nie należy jednak pisać, że właśnie tam ogłosili kodyfikację słowackiego języka literackiego. Ta decyzja wiąże się z późniejszymi wydarzeniami z 1843 roku. Devín był raczej sceną symbolicznego przebudzenia niż miejscem formalnego ustanowienia języka.

To rozróżnienie jest ważne. Devín nie potrzebuje dopisywania legend, by pozostać miejscem wyjątkowym. Jego siła polega właśnie na tym, że różne epoki widziały w nim coś własnego. Wielkomorawską twierdzę. Graniczną skałę. Romantyczny symbol narodu. Ślad świata, w którym polityka, religia i pamięć były ze sobą nierozerwalne.

W religioznawstwie i historii kultury często mówi się o „genius loci”, duchu miejsca. To nie dowód na ciągłość kultu, lecz sposób opisania zjawiska, w którym jedno miejsce przyciąga kolejne znaczenia. Brückner miałby rację, ostrzegając przed romantycznym nadużyciem tej kategorii. Gieysztor miałby rację, przypominając, że chrystianizacja często przejmowała dawną topografię sakralną zamiast ją całkowicie niszczyć.

Devín pokazuje, że obie ostrożności są potrzebne. Nie wszystko, co stare, jest pogańskim sanktuarium. Ale też nie każde chrześcijańskie albo narodowe miejsce pamięci zaczęło swoje życie dopiero wtedy, gdy pojawił się pierwszy zapis w kronice.

Co z tego wynika?

Cztery tropy, żaden do końca rozstrzygnięty. Nazwa Velehradu, która najpewniej oznacza „Wielki Gród”, ale wciąż prowokuje pytania o starszą mapę sacrum. Metoda misji, która nie tyle wymazywała lokalną kulturę, ile próbowała wejść w jej język i rytm. Data 5 lipca, ważna dla Czechów i Słowaków, którą można zestawić z letnim cyklem obrzędowym, choć bez udawania, że mamy dowód na celowe przykrycie starszego święta. Devín, gdzie wielkomorawska polityka, chrześcijaństwo i słowacka pamięć narodowa nałożyły się na jedną skałę.

Cyryl i Metody byli pod tym względem wyjątkowi. Pochodzili z Tesaloniki, miasta leżącego na południowym skraju świata słowiańskojęzycznego, i najwyraźniej rozumieli, że nowej wiary nie da się skutecznie zakorzenić wyłącznie obcym językiem. Ich dzieło nie polegało tylko na głoszeniu chrześcijaństwa. Polegało także na stworzeniu narzędzia, dzięki któremu Słowianie mogli mówić o Bogu własną mową.

To gest ogromny. Głagolica, język liturgii, tłumaczenia ksiąg, obrona słowiańskiej drogi wobec nacisku frankońskiego duchowieństwa – wszystko to sprawiło, że misja Cyryla i Metodego stała się czymś więcej niż epizodem religijnym. Stała się jednym z fundamentów słowiańskiej kultury pisma.

Ale właśnie dlatego ta historia jest tak ciekawa. Jeśli chrześcijaństwo weszło głęboko w język i obrzędowość Słowian, to nie musiało wszystkiego niszczyć. Mogło wiele rzeczy przemienić, nazwać na nowo, przenieść pod inny znak. Stara warstwa nie zawsze znikała. Czasem schodziła niżej. Do nazw, zwyczajów, dat i miejsc.

Czy Velehrad był kiedyś grodem Welesa? Tego nie wiemy i uczciwie mówiąc, nie mamy dziś podstaw, by tak twierdzić. Ale pytanie o to, co chrześcijaństwo przykryło w słowiańskim sercu Europy, pozostaje żywe. I może właśnie w tym tkwi siła tej opowieści. Nie w prostym przeciwstawieniu starej i nowej wiary, lecz w obserwowaniu, jak jedna warstwa prześwituje przez drugą.

Jeśli chcesz czytać dalej

Aleksander Gieysztor, „Mitologia Słowian” – najlepszy punkt wyjścia do dalszego czytania. Gieysztor umie łączyć odwagę interpretacji z uczciwym zaznaczaniem, gdzie kończy się wiedza, a zaczyna hipoteza.

Aleksander Brückner, „Mitologia słowiańska i polska” – świetna przeciwwaga dla zbyt śmiałych interpretacji. Brückner często studzi wyobraźnię, ale właśnie dlatego warto mieć go pod ręką.

Andrzej Szyjewski, „Religia Słowian” – dobra książka do zrozumienia szerszego tła słowiańskiej religijności, obrzędowości i sposobu myślenia o sacrum.

Barbara Ogrodowska, „Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne” – bardzo przydatna przy śledzeniu tego, jak dawne praktyki ludowe przetrwały w chrześcijańskim kalendarzu.

Szukaj na blogu