Kamienie mikorzyńskie. Słowiańskie runy czy XIX-wieczny falsyfikat?
Kamienie mikorzyńskie przez lata uchodziły za dowód istnienia słowiańskich run. Dziś są raczej przestrogą przed dopisywaniem Słowianom historii, której nie potwierdzają źródła.

Kamienie mikorzyńskie należą do tych zabytków, które dobrze pokazują, jak cienka bywa granica między archeologią, narodową wyobraźnią i fałszerstwem. Przez pewien czas widziano w nich sensacyjne świadectwo przedchrześcijańskiej kultury Słowian. Miały przedstawiać pogańskie wyobrażenia i zawierać napisy runiczne. Dziś ich status jest znacznie trzeźwiejszy: same kamienie są rzeczywistymi przedmiotami, ale ryty na nich uznaje się za nowożytne, XIX-wieczne fałszerstwo.
Muzeum Archeologiczne w Krakowie, w którego zbiorach znajdują się kamienie, opisuje je jako żarna o nieznanej chronologii. Na pierwszym kamieniu, w nieckowatym zagłębieniu, znajduje się zarys postaci ludzkiej z trójkątem w uniesionej ręce oraz napis runiczny. Na drugim, na płaskiej powierzchni, wyryto kontury konia otoczone znakami przypominającymi runy. Muzeum wskazuje jednak jasno, że ryty nie są autentycznym świadectwem pogańskiej Słowiańszczyzny, lecz fałszerstwem sprzed około 150 lat, powstałym z potrzeby „upiększenia dziejów Słowian” i dodania im piśmiennej tradycji.
Mikorzyn, Droszewski i narodowa wyobraźnia
Sprawa zaczęła się w połowie XIX wieku w Mikorzynie w Wielkopolsce. W literaturze przyjmuje się zwykle, że kamienie zostały rzekomo odkryte w latach 1855–1856. Z wiadomością o znalezisku wystąpił Piotr Droszewski, bratanek właściciela majątku w Mikorzynie. To wokół niego koncentrują się późniejsze podejrzenia badaczy. Adrianna Szczerba, archeolożka z Uniwersytetu Łódzkiego, w pracy „Z dziejów polskiej archeologii. Fałszywe zabytki runicznego pisma słowiańskiego” przypomina, że Droszewski już jako młody człowiek interesował się starożytnościami i chciał zaistnieć w środowisku miłośników archeologii. Nie da się jednak uczciwie napisać, że przyłapano go na fałszerstwie. Bezpieczniej powiedzieć, że wiele poszlak wskazuje właśnie na niego jako najbardziej prawdopodobnego autora mistyfikacji.
XIX wiek był czasem gorączkowego poszukiwania dawnych początków narodów. Dla Polaków, pozbawionych własnego państwa, pytanie o starożytność Słowian miało znaczenie nie tylko naukowe, ale też symboliczne. Szczerba pisze, że kwestia posiadania przez wczesnych Słowian własnego pisma wiązała się wtedy z budowaniem narodowej dumy i przekonania o wysokim poziomie dawnej kultury słowiańskiej. W takim klimacie dwa kamienie z rzekomymi pogańskimi przedstawieniami i napisami wyglądały jak znalezisko idealne. Zbyt idealne.
Czy Słowianie mieli własne runy?
Problem polegał na tym, że cały pomysł „run słowiańskich” był oparty na bardzo słabych przesłankach. Dziewiętnastowieczni badacze i miłośnicy starożytności powoływali się między innymi na przekaz Thietmara z Merseburga o świątyni w Radogoszczy, gdzie posągi bóstw miały mieć wyryte imiona, oraz na traktat „O pismenach” mnicha Chrabra, według którego Słowianie przed przyjęciem pisma mieli posługiwać się „czertami i rezami”, czyli kreskami i nacięciami. Źródła te nie dowodzą jednak istnienia słowiańskiego pisma runicznego. Szczerba podkreśla, że nie ma dowodów na to, by dawni Słowianie stworzyli własny system pisma runicznego, a przed głagolicą nie wykształcili uniwersalnego systemu znaków, który można by pewnie nazwać pismem.

Kamienie mikorzyńskie trzeba więc widzieć w szerszym kontekście XIX-wiecznych falsyfikatów. Piotr Boroń w tekście „Ku pradawnej Słowian wielkości. Fałszywe zabytki runicznego pisma słowiańskiego” zwracał uwagę, że od końca XVIII do drugiej połowy XIX wieku pojawiała się cała seria rzekomych zabytków mających potwierdzać istnienie słowiańskiego pisma runicznego. Takie obiekty wzmacniały przekonanie, że przedchrześcijańscy Słowianie mieli nie tylko własne bóstwa i miejsca kultu, ale także własną tradycję pisma. W rzeczywistości były to albo fałszerstwa, albo przedmioty błędnie interpretowane zgodnie z oczekiwaniami epoki.
Prillwitz, Zbrucz i podejrzanie znajome wzory
Szczególnie ważne są podobieństwa do tzw. bałwanków z Prillwitz, czyli rzekomych posążków słowiańskich bóstw z napisami runicznymi, które również uznano za falsyfikaty. Szczerba, omawiając argumenty Antoniego Małeckiego, wskazuje, że postać z pierwszego kamienia, interpretowaną jako bożek Prowe, łączono z wyobrażeniami znanymi z publikacji Joachima Lelewela o zabytkach prillwickich. Sam Aleksander Przezdziecki, który bronił autentyczności kamieni, przyznawał, że „Prowe Mikorzyński” zgadza się z „Prowem Prylwickim” co do ogólnego typu postaci. Nie jest to drobiazg. Jeśli rzekomo starożytny zabytek wygląda jak echo wcześniejszego, już podejrzanego falsyfikatu, to jego wiarygodność mocno słabnie.
Podobnie interpretowano drugi kamień, ten z przedstawieniem konia. W literaturze wskazywano, że wyobrażenie zwierzęcia przypomina konia z posągu ze Zbrucza, wydobytego w 1848 roku i prezentowanego w Krakowie od 1851 roku. Jego wizerunek opublikował Lelewel w 1855 roku, a więc tuż przed nagłośnieniem sprawy kamieni mikorzyńskich. Lepiej jednak nie pisać, że fałszerz „na pewno” skopiował ten motyw. Bezpieczniej: Małecki i późniejsi badacze widzieli tu wyraźną zależność ikonograficzną, która dodatkowo osłabiała wiarę w autentyczność znaleziska.
Alfabet posklejany z cudzych znaków
Równie podejrzane były same znaki. W wersji popularnej można napisać, że wyglądały jak mieszanina różnych alfabetów i inspiracji, ale źródła pozwalają powiedzieć więcej. Szczerba podaje, że na kamieniach użyto łącznie 18 różnych znaków: 11 miało odpowiedniki w alfabetach skandynawskich, a 7 występowało na zabytkach prillwickich. Nie tworzyły więc spójnego, poświadczonego systemu słowiańskiego pisma. Wyglądały raczej jak zestaw sklejony z tego, co w XIX wieku kojarzyło się z dawną tajemnicą, runami i pogańską przeszłością.
Krytycy fałszerstwa
Autentyczność kamieni była z czasem coraz mocniej podważana. Wątpliwości zgłaszał Karol Estreicher, a Antoni Małecki w pracy „Co rozumieć o runach słowiańskich i autentyczności napisów na mikorzyńskich kamieniach” rozebrał sprawę bardzo szczegółowo. Krytycy zwracali uwagę nie tylko na podobieństwa do Prillwitz i Zbrucza, lecz także na wygląd samych rytów. Świeżość wydrążeń i brak śladów długiego niszczenia nie pasowały do tezy, że napisy przetrwały wiele stuleci w ziemi. Boroń podsumowuje, że z czasem utrwalił się konsensus co do sfałszowania mikorzyńskich znalezisk, a sama sprawa sprawiła, że później z większą podejrzliwością patrzono na inne przedmioty z rzekomymi napisami runicznymi.
Warto przywołać też Jana Baudouina de Courtenay. Wybitny językoznawca nie miał złudzeń co do wartości tych napisów. W późniejszych opracowaniach jego stanowisko streszczano bardzo ostro: napisy mikorzyńskie miały być „umyślnym falsyfikatem” sporządzonym w XIX wieku, aby zażartować z łatwowiernych uczonych. Ten ton dobrze pokazuje, jak mocno zmieniło się spojrzenie na kamienie. To, co przez chwilę uchodziło za narodową sensację, stało się przykładem naukowej pomyłki i ostrzeżeniem przed źródłami zbyt dobrze pasującymi do oczekiwań.
Od pogańskiego pomnika do zwykłych żaren
Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej” pisał już o kamieniach mikorzyńskich jako o żarnach. Ten szczegół jest istotny, bo przesuwa uwagę z rzekomego „pogańskiego pomnika” na zwykły przedmiot użytkowy. Nie oznacza to, że same kamienie są bezwartościowe. Przeciwnie. Ich wartość polega dziś jednak nie na tym, że mówią coś pewnego o religii dawnych Słowian, lecz na tym, że pokazują, jak XIX wiek wyobrażał sobie słowiańską przeszłość. Muzeum Archeologiczne w Krakowie również opisuje je jako żarna o nieznanej chronologii, z późniejszymi rytami uznawanymi za fałszerstwo.
Kamienie znajdują się w Krakowie od „Wystawy starożytności i zabytków sztuki”, zorganizowanej w latach 1858–1859. Nie są jednak ważne jako autentyczne świadectwo religii dawnych Słowian. Ich znaczenie jest inne. Są zabytkiem XIX-wiecznego myślenia o przeszłości, w którym nauka, patriotyzm, romantyczna wyobraźnia i potrzeba wielkiej historii potrafiły bardzo łatwo wejść sobie w drogę. To nie jest opowieść o słowiańskich runach, lecz o tym, jak bardzo chciano je odnaleźć.
Czego uczą kamienie mikorzyńskie?
Dlatego kamienie mikorzyńskie warto opisywać nie jako „tajemniczy dowód słowiańskiego pisma”, lecz jako przestrogę. Są zabytkiem fałszerstwa, ale też zabytkiem epoki, która bardzo chciała zobaczyć w Słowianach lud z własnymi runami, świątyniami i monumentalnymi pamiątkami pogaństwa. Pokazują, że historia Słowian nie potrzebuje dopisywanych znaków, sfabrykowanych pamiątek ani naciąganych interpretacji, żeby była interesująca. Przeciwnie: im ostrożniej oddzielamy źródła od legend, tym lepiej widać prawdziwy obraz dawnej kultury.
Źródła:
- Adrianna Szczerba, „Z dziejów polskiej archeologii. Fałszywe zabytki runicznego pisma słowiańskiego”, „Analecta. Studia i Materiały z Dziejów Nauki”, R. XXIII, 2014, z. 1, s. 1–37.
- Piotr Boroń, „Ku pradawnej Słowian wielkości. Fałszywe zabytki runicznego pisma słowiańskiego”, w: „Fałszerstwa i manipulacje w przeszłości i wobec przeszłości”, red. Justyna Olko, Warszawa 2012.
- Andrzej Abramowicz, „Historia archeologii polskiej XIX i XX wiek”, Warszawa–Łódź 1991.
- Antoni Małecki, „Co rozumieć o runach słowiańskich i autentyczności napisów na mikorzyńskich kamieniach”, „Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk Poznańskiego”.
- Zygmunt Gloger, „Encyklopedia staropolska”, t. 4, Warszawa 1903.
- Muzeum Archeologiczne w Krakowie, opis eksponatu „Kamienie mikorzyńskie”.
U stóp słowiańskiego parnasu
Jaką rolę Słowianie wyznaczali bogom w swoim życiu codziennym? Temat ten stanowi dla Leonarda J. Pełki punkt wyjścia do dalszych rozważań nad kształtowaniem się magicznych praktyk i wierzeń, których ślady spotykamy do dziś w folklorystyce i obrzędowości ludowej.
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie moją pracę i rozwój bloga, a cena dla Was i tak pozostaje bez zmian.






