Noc Walpurgii? My mieliśmy coś bardzo podobnego
Dziś Noc Walpurgii — germańskie święto ognia, czarownic i otwartych bram zaświatów. Słowianie nie znali tej nazwy. Znali za to strach. I bardzo podobną noc.

Dziś w nocy, według starej germańskiej tradycji, czarownice zlatują się na Brocken — najwyższy szczyt Harzu — i tańczą przy ognisku do świtu. Płoną ogniska w Niemczech, Austrii, Skandynawii, Czechach. W Polsce mówi się o tym głównie przy okazji Halloween bis albo jako o imprezie dla studentów germanistyki.
A szkoda. Bo Słowianie mieli bardzo podobne wyobrażenie takich nocy.
Granica, której nie widać
Rok słowiański nie dzielił się na cztery pory roku tak grzecznie, jak uczy szkoła. Dzielił się na czas żywych i czas umarłych, na okresy bezpieczne i okresy, kiedy granica między światami robiła się cienka jak skóra na bębnie. Przełom kwietnia i maja to była właśnie taka granica.
Zima odpuszczała. Ziemia się otwierała. Dosłownie — bo kwitły rośliny, budziły się zwierzęta, wracały ptaki. Ale jeśli ziemia się otwiera, to w obie strony. To, co siedziało pod spodem przez całą zimę, też mogło wyjść.
Duchy przodków, złośliwe demony, nieczyste siły, które zimą spały przykryte śniegiem — teraz wstawały. Pierwsze ciepłe noce maja były piękne i śmiertelnie niebezpieczne jednocześnie.
Łysa Góra
Zanim Niemcy mieli Brocken, Słowianie mieli Łysą Górę.
To nie jest przypadkowa zbieżność nazw. „Łyse" góry — pozbawione roślinności szczyty — to w całej słowiańskiej demonologii miejsca, gdzie zbierają się czarownice. Sabat nie jest wynalazkiem inkwizytorów ani zapożyczeniem z Zachodu. W polskim folklorze czarownice zlatywały się na Łysą Górę w Górach Świętokrzyskich w granicznych nocach roku — tych samych, które inne kultury Europy też uważały za wyjątkowo niebezpieczne.
Późniejsze przekazy i tradycja ludowa sugerują, że góra była „przeklęta" długo zanim stanął na niej kościół. Benedyktyni budowali tam klasztor nie przez przypadek — budowali go, żeby przykryć coś, co już tam było. To dobrze znany motyw chrystianizacyjny, powtarzający się przy wielu słowiańskich miejscach kultu.
Majowa noc była jedną z tych nocy.
Rusałki i mokre włosy
Wiosna to czas rusałek — i tu warto na chwilę zatrzymać się, bo rusałki w Disney'owskim wydaniu to nie to samo co rusałki w słowiańskiej wyobraźni.
Rusałki to dusze kobiet, które umarły przedwcześnie, gwałtownie albo bez pochówku. Topielice, wisielczynie, nieochrzczone dzieci. Przez zimę siedziały w wodzie lub pod ziemią. Na wiosnę wychodziły. Były piękne — to prawda — ale piękne tak jak pułapka jest piękna. Wabiły mężczyzn, łaskotały na śmierć, wciągały w wir.
Szeroki wybór książek o Słowianach
W tygodniach rusałek, przypadających na przełom maja i czerwca, nie wypadało chodzić samemu po lesie ani zbliżać się do wody po zmroku. W niektórych rejonach kobiety wychodziły do pól z ziołami, żeby przebłagać rusałki albo odpędzić je krzykiem i ogniem.
Ogień znowu.
Veles wie swoje
Jest w tej majowej nocy jeszcze jeden wymiar, o którym rzadko się mówi wprost.
Veles — pan zaświatów, bóg bydła, bogactwa i tego, co pod ziemią — to nie był demon ani zły bóg w prostym sensie. W słowiańskiej wyobraźni kosmicznej był związany z Nav, krainą umarłych, i ze wszystkim, co leży po drugiej stronie granicy. Jego antagonistą był Perun, bóg burzy, strzegący porządku świata żywych. Razem wyznaczali oś między tym, co tu, a tym, co tam.
Wiosna, gdy ziemia się otwiera, gdy duchy wychodzą, gdy rusałki tańczą przy brzegach — to jest czas Velesa bardziej niż jakikolwiek inny. Nie dlatego, że sieje zniszczenie. Dlatego, że granica, przy której stoi, robi się nagle bardzo ruchliwa.
Ogień przed domem
Zwyczaj palenia ogni na wiosnę przetrwał w polskiej wsi zaskakująco długo, często pod przykrywką chrześcijańskich świąt. Paliło się ogniska na polach, niosło płonące głownie wokół zagród, okadzało bydło dymem z ziół. Najlepiej udokumentowane są ogniska Kupały w czerwcu, ale oczyszczające ognie wiosenne pojawiają się w różnych formach w całym kalendarzu ludowym — lokalnie i nieregularnie, tak jak zresztą większość słowiańskich praktyk.
Cel był zawsze ten sam: ogień oczyszcza, odpędza to, co niechciane, zaznacza granicę między naszym a nie-naszym. W noce, kiedy granica między światami jest najcieńsza, ogień tę granicę odtwarza.
Germanie palili ogniska na Walpurgię. Skandynawowie na Valborg. Celtowie na Beltane. Słowianie na swój, słowiański sposób — bez nazwy, którą dziś moglibyśmy wpisać w wyszukiwarkę, ale z tym samym gestem: ogień jako odpowiedź na ciemność.
Dziś w nocy, jeśli wyjdziesz na zewnątrz i zobaczysz gdzieś ognisko — nieważne, jak je nazwiemy. Ważne, że ludzie palą je od tysięcy lat z tego samego powodu. Żeby widzieć, co nadchodzi. I żeby to, co nadchodzi, też wiedziało, że tu mieszkają żywi.






